Czarny Ląd inaczej - relacja z podróży do Delty Okawango
Odległość z Johannesburga do Delty Okawango jest załamująca. Na szczęście większość dróg w Botswanie jest wzorowo utrzymana. Dystans około 1500 km pokonaliśmy bez problemów w ciągu tylko jednego dnia. Z Maun musieliśmy polecieć tylko 75 km do Oddballs Palm Island Lodge, gdzie zarezerwowaliśmy miejsca na 4 dni. Kiedy delta ma wysoki poziom wody, można tutaj dotrzeć tylko samolotem. Na lotnisku w Maun niewielkie samoloty wypełnione turystami startują co kilka minut, transportując ich do wielu rezerwatów i game lodges na terenie Delty Okawango. Przelot nie możemy uznać za udany. Unoszące się ciepłe powietrze powoduje drgania całego samolotu. Nie uspokoiły nas nawet kojące widoki na labirynty wodnych kanałów i setki wysepek z wysokimi trzcinami. Na szczęście cały przelot trwał tylko 20 minut. Pod ogromnym drzewem z przybitą gwoździami czaszką bawoła i napisem Internationals Departures czekał na nas właściciel Palm Lodge, Jack. Obok drzewa stały wiaderka z piaskiem i gaśnice przeciwpożarowe.
"Dzisiaj rano na pasie startowym były słonie", powiedział przy powitaniu Jack. "Nie oznacza to, że samolot nie wyląduje, po prostu pilot przelatuje nisko, zaraz ponad głowami zwierząt, żeby je przegonić i ląduje bez przeszkód".
W tej części Afryki, gdzie pięciogwiazdkowe hotele są tak często spotykane, jak impale, Oddballs jest jednym z niewielu kempingów oferującym względnie niskie ceny. Śpisz w normalnym brezentowym namiocie rozbitym na drewnianym podeście. Łazienki są wspólne. Czujesz się tutaj jak na prawdziwym kempingu, ponieważ niewielki bufet, świetlica i jadalnia nie mają wielu ścian i drzwi. Po krótkim odpoczynku dołączyliśmy do innych gości w naszej pierwszej przejażdżce na dłubanch łódkach zwanych mokoros. Jeden przewodnik przypada na każde dwie osoby, ze względu na małe rozmiary łódki. Zamiast wioseł używa się tyczki zwane tutaj "ngashi". Mieliśmy odczucie jak płynąć w weneckiej gondoli. Po 15 minutach wylądowaliśmy na wysepce wielkości boiska tenisowego. Tylko kilka metrów od nas zauważyliśmy ogromnego krokodyla ukrytego w wodzie, obserwującego nas uważnie. On usłyszał nas i w pośpiechu wśliznął się do wody, powiedział przewodnik wskazując, świeże jeszcze podłużne ślady na piasku prowadzące do wody.
Późne godziny popołudniowe spędziliśmy w punkcie obserwacyjnym znajdującym się na dachu naszej jadalni. Mieliśmy do dyspozycji lunetę i trzy aparaty fotograficzne ustawione na trójnożnych stojakach. W blasku czerwonego jak krew zachodzącego słońca patrzyliśmy na cztery hipopotamy ziewające ospale w pobliskim kanale. Po drugiej stronie zaczęły szczekać pawiany w akompaniamencie setek świerszczy i ptaków. Jack tymczasem podpalił pochodnie ustawione wzdłuż głównych ścieżek. Czuliśmy się jak na spotkaniu szczepowym w Survivor, gdzie wszyscy uczestnicy siadają wokół ognia w miejscu oświetlonym tylko świecami i pochodniami. Jack opowiedział nam, co zdarzyło się kilka dni wcześniej jednemu z gości. Mężczyzna czytał książkę na leżaku w świetlicy, kiedy leopard wszedł bezszelestnie do środka i położył się leniwie na cementowej podłodze. Przez ponad godzinę turysta musiał leżeć w bezruchu, bał się nawet czytać i zmieniać strony. Po jakimś czasie leopard najzwyczajniej się podniósł i zniknął w pobliskich zaroślach. Pierwsza noc na kempingu nie należała do udanych. Trochę baliśmy się odgłosów dochodzących do naszych uszu ze wszystkich stron. W środku nocy obudziło nas głośne dudnienie i drżenie ziemi. Był to samotny słoń elijah przechodzący przez kemping i trzęsący drzewa palmowe w poszukiwaniu owoców. Poprzedniego dnia z rana hiszpański turysta nie mógł przejść do łazienki, elijah blokował przejście. Podczas śniadania obserwowaliśmy włoską parę na mokoro powoli wynurzającą się z papirusów. Mieszkali oni przez dwa dni i dwie noce na jednej z bezludnych wysepek. Widzieliśmy lwa, krzyknęła do nas kobieta zamiast powitania.
To jest to co będziemy dzisiaj robić, podjęliśmy decyzję. Odpoczniemy na bezludnie wyspie, otoczeni tylko dziką przyrodą. Pośpiesznie spakowaliśmy dwa namioty, materace, latarki, skrzynki z napojami, łopatkę, trzy składane krzesła, garnki, jedzenie i ubrania. Przez dwie godziny płynęliśmy na mokoros, głębiej i głębiej w środek delty. Dziób łodzi przecinał trawy przed nami, za nami gąszcze zamykały się, nie zostawiając żadnego śladu, jak gdyby nikt tą drogą nie płynął. "Jest bardzo łatwo zabłądzić w Delcie Okawango", odezwał się przewodnik. "Ale ja używam termitiery jako kompas, one zawsze lekko skierowane są w kierunku północnym. Jesteśmy teraz w Rezerwacie Moremi, rozbijemy obóz na Białej Wyspie, mającej powierzchnię boiska piłki nożnej". Nazwę Biała wyspa, nazwaliśmy od białego piasku, który jest w każdym miejscu w delcie. Przewodnik dokonał wstępnej inspekcji wyspy i wrócił z parą rogów antylopy kudu. "Biedne zwierzę stało się ofiarą lwów", powiedział. Rogi użyliśmy jako stojak na papier toaletowy i umieściliśmy je na honorowym miejscu obok dolnej szczęki hipopotama, czaszki żyrafy i pancerza żółwia. Idąc pieszo przez busz, daje całkowicie inne odczucie niż jazda samochodem 4X4. Czujesz się bezbronny i mały, twoje zmysły są wyostrzone a najmniejszy szelest, powoduje przyśpieszone bicie serca. Przewodnik pokazał nam dziki krzew używany jako środek przeciw komarom, zobaczyliśmy kawalerskie stado impali i brązowego orła wężowego. Wieczorem, przy ognisku opowiedział nam o swoim kuzynie zjedzonym przez lwa. On sam patrzył lwu prosto w oczy z odległości 2 metrów. Amerykańscy turyści uciekali bardzo szybko. Później przez godzinę musiał podążać ich śladami, żeby ich znaleźć. Zawsze staramy się zachować ostrożność, co roku słyszy się o wypadku w delcie, powiedział przewodnik. Na szczęście w Oddballs mieliśmy do tej pory tylko jeden wypadek. Przewodnik pomyłkowo natknął się na hipopotama, który to odgryzł kawałek mokoro razem z nogą turysty. "Musicie zawsze mieć zamknięte namioty", powiedział, zanim poszliśmy spać. "Lwy mogą zauważyć, że się poruszacie i mogą się zainteresować. Ściany namiotów nie są aż tak grube". Następnego dnia, Kagiso, nasz przewodnik powiedział nam kilka słów o sobie.
Kiedy miał 16 lat zachorował na gruźlicę. Po leczeniu chciał wrócić do szkoły, ale nie było tam dla niego miejsca. W ten sposób został przewodnikiem. Żeby dostać pracę trzeba mieć swoje własne mokoro. Kagiso kupił swoje za 2000 pula (ok. 800 PLN). Zostało wykonane z drzewa kiełbasianego łac. Kigelia africana. Rzeźbienie łodzi zajęło aż 6 miesięcy. Na innych kempingach w Delcie Okawango używa się mokoros zrobione z włókna szklanego, żeby oszczędzać drzewo. Kiedy jesteś na kempingu w Okawango, przewodnik zabiera cię wczesnym rankiem na przejażdżkę na mokoro, następnie idziesz na przechadzkę po jednej z wysp, następnie jesz śniadanie, możesz jeść łodygi i korzenie niektórych lilii wodnych, podobnie jak robią to lokalni mieszkańcy. W godzinach południowych jest czas na czytanie książek albo krótką drzemkę. Wieczorem idziemy na kolejne piesze safari. Dzisiejszego ranka musieliśmy zmienić nasz kierunek dwa razy, kiedy na naszej trasie natknęliśmy się na stada słoni. Zanim wyszliśmy na spacer Kagiso uderzył łopatką w duży głaz. Usłyszeliśmy dudnienie, kiedy słonie oddalały się w pośpiechu. Nie chcę, żeby podeszły zbyt blisko do naszej wyspy. Jeśli uderzam w kamienia w ten sposób robię odgłos podobny do strzału karabinowego. Nie powrócą tutaj przez dłuższy czas. Udaliśmy się na Wyspę Baobabów, spotkaliśmy tam żyrafę i zebry i znaleźliśmy zęba guźca. Żyrafa ma bardzo dobry wzrok, powiedział Kagiso, może nas zobaczyć z odległości 2 km. Może też dobrze kopać, dzięki temu broni się od lwów i leopardów. Trochę dalej zobaczyliśmy świeże jeszcze szczątki impali. Dobrze widoczne były ślady leoparda i pozostałości mięsa.
Następnego dnia Kagiso zabrał nas do swojej rodzinnej wioski gdzie się wychował, jest to Snake Island znajdująca się pół godziny drogi w mokoro od naszego kempingu. Mieszka tam około 350 osób, całkowicie odciętych od świata zewnętrznego. Kagiso przywiązał mokoro łańcuchem i zamknął na kłódkę, żeby jej nikt nie ukradł. Z jednej z chat dochodziła głośna muzyka. Okazuje się, że ogniwa słoneczne zasilały CD odtwarzacz. Chaty zbudowane zostały z pustych puszek po napojach chłodzących. Jako zaprawę stosowano glinę pochodzącą z termitiery.