Udział lotników południowoafrykańskich w Powstaniu Warszawskim


Lotnicy RPA w Powstaniu Warszawskim

Dnia 1 sierpnia 1944 roku w godzinach popołudniowych wybuchło Powstanie Warszawskie w różnych częściach miasta. Walczący zwrócili się o pomoc do Stalina, ale prośba ich nie została wysłuchana, pomimo że Rosyjskie oddziały znajdowały się po drugiej stronie Wisły w odległości kilku kilometrów od Warszawy. W tej sytuacji, zwrócono się o pomoc do Winstona Churchilla, ówczesnego premiera Anglii.

Churchill, bardzo serdecznie odniósł się do tej prośby, zważywszy jednak okoliczności, nie widział jednak realnych możliwości i szans żeby Royal Air Force (RAF) mógł dać wystarczającą pomoc walczącej Warszawie, z uwagi na odległość Polski do Anglii. Churchill jednak misje te zlecił SA Air-force, polskim dywizjom i jednemu dywizjonowi RAF, które stacjonowały wtedy w Brindisi i w Foggi we Włoszech. Celem tej misji było zrzucanie walczącej Warszawie: broni, lekarstw, amunicji i żywności. Dystans z Foggi do Warszawy i z powrotem wynosił 2815 km. Aby tą odległość przelecieć wymagane było 10 do 11 godzin lotu bez lądowania. Nadawały się do tego bojowego zadania ciężkie 4-motorowe samoloty Liberator i Halifax. Na tych samolotach latały załogi południowoafrykańskie, wspomagane przez polskie i angielskie załogi. 92 samoloty brały udział w tych lotach, z czego 41 południowoafrykańskich. 1400 osób było zaangażowanych jako obsługa latająca, 300 jako naziemna.

Przy obsłudze tych lotów byli Południowoafrykańczycy różnych kolorów skóry. Każdy samolot zabierał 12 metalowych skrzyń o wadze 150 kg każda. Samoloty lecące do celu musiały zniżyć się do 170 m przy szybkości minimalnej 125 węzłów, by celnie zrzucić skrzynie na spadochronach. To, oczywiście napotykało na niemiecki flag (obronę przeciwlotniczą). W sumie dokonano 196 lotów nad Warszawę (w czasie od 4 sierpnia do 22 września 1944 r). Z 92 samolotów 39 nie wróciło do bazy. Południowoafrykańskich samolotów zginęło 16 (57 osób załogi).

Aby poprawić efektywność zrzutów lotnicy latali na wysokości dachów i tu najbardziej byli narażeni na niemieckie ostrzeliwania. Rosyjskie wojska stacjonowały niedaleko Warszawy i też ostrzeliwały przelatujące samoloty. Stale jeszcze w 1944 roku na terenach kontrolowanych przez cofające się oddziały armii hitlerowskich, obrona przeciwlotnicza była bardzo mocna i dobrze zorganizowana. Straty dwóch południowoafrykańskich dywizjonów startujących z Foggi i Brindisi były olbrzymie (ponad 40%).

Tylko 4 samoloty zostały zestrzelone nad Warszawą, w tym Liberator żyjącego jeszcze w Johannesburgu kapitana, a obecnie emerytowanego pułkownika, Jack Van Eyssena, który po dokonaniu zrzutu na niskiej wysokości został trafiony pociskiem artylerii przeciwlotniczej i samolot jego rozbił się w Michalinie, 30 km od Starego Miasta. Trzech członków jego załogi zginęło i tam właśnie w lasku koło Michalina kapitan Bronisław Kowalski własnoręcznie wzniósł pomnik ku czci poległych w polskiej sprawie lotników. W Krakowie na cmentarzu Rakowieckim jest 57 grobów pilotów w alianckiej sekcji wojskowego cmentarza. Bowiem nad Krakowem, przebiegały linie lotu powrotnego do Włoch i tam niemiecka obrona przeciwlotnicza była najsilniejsza.