Himba prowadzą koczowniczy tryb życia. Przenoszą swoje domostwa nawet kilka razy w roku w poszukiwaniu bardziej żyznych terenów
Włosy dziewczynek plecione są z przodu, żeby zasłaniały twarz przed spojrzeniami mężczyzn. Kobiety już dojrzałe i gotowe do małżeństwa mają fryzurę spiętą sznurkiem z palmy.
Himba budują domy z gałęzi drzew i liści palmy makalani, umacniając całą konstrukcję spoiwem z odchodów bydła i kóz
Namibia ma tylko 2,1 mln mieszkańców i jest najrzadziej zaludnionym państwem na świecie (przypadają tu zaledwie 2 osoby na 1 km²). Najliczniejszą grupą etniczną jest lud Owambo (liczy ok. 600 tys.), który zamieszkuje tereny północne, niedaleko granicy z Angolą. Jego członkowie trudnią się rolnictwem i hodowlą bydła, jak również krawiectwem, rzeźbą w drewnie, garncarstwem i wyplataniem koszyków. Nad rzeką Okawango, przy granicy z Angolą, spotkamy też przedstawicieli ludu Kavango. Trudnią się oni łowieniem ryb, wypasaniem bydła oraz uprawą sorga, prosa i kukurydzy. Do najciekawszych ludzi, których możemy spotkać w Namibii, należą bez wątpienia Himba, Herero oraz Buszmeni. Tych pierwszych ujrzymy w regionie Kunene (dawniej Kaokoland), w północno-zachodniej części kraju. Himba prowadzą koczowniczy tryb życia, Są pasterzami, hodują kozy i bydło, prowadzą koczowniczy tryb życia, próbują egzystować w zgodzie z naturą, Ze względu na brak wody, podstawowym składnikiem w jadłospisie Himba jest krowie mleko. Kobiety z tego plemienia wiążą się tylko ze „swoimi”. Lud Himba (Ovahimba) pojawił się ok. 1870 r. Choć jego kultura liczy sobie zaledwie prawie 150 lat, to przywiązuje on ogromną wagę do swoich wierzeń i tradycji. Nie poddaje się wpływom mody z Zachodu, nie wie, co to takiego dżinsy. Jacek Pałkiewicz, słynny polski podróżnik, reporter i odkrywca, uważa go nawet za ostatnie plemię tradycyjnej Afryki. Himba zamieszkują Kaokoland, dawny rezerwat dla ludności murzyńskiej leżący w regionie Kunene w północno-zachodniej części Namibii. Ich kobiety znane są z nieprzeciętnej urody, noszenia ciekawych, tradycyjnych fryzur oraz ozdób, których waga często dochodzi nawet do 12 kg. Himba są zamknięci na obcych, choć przyjaźni dla turystów. Kobiety z tego plemienia wiążą się jedynie ze „swoimi”. Buszmeni zasiedlają zaś tereny wschodniej Namibii, kotliny Kalahari. Są uważani za jeden z najstarszych ludów na Ziemi. To myśliwi i zbieracze przyjaźnie nastawieni do turystów. Buszmeni żyją bardzo prymitywnie, dzięki rządowym programom ochrony ich kultury, nie docierają do nich wpływy cywilizacji. Posługują się charakterystycznym językiem mlaskowym, opartym na dźwiękach, zwanych mlaskami. Z kolei Herero są znacznie liczniejsi, bowiem obecnie ich liczbę w Namibii szacuje się na ponad 100 tys. osób. Na ogół pracują w rolnictwie lub zajmują się handlem w miastach. Posiadają swój własny język herero, używają też angielskiego i afrikaans. Kobiety z ludu Herero przyciągają uwagę kolorowymi strojami z epoki wiktoriańskiej.
Istotne jest też to, że facet Himba może mieć tyle żon ile chce – zależy to od jego statusu materialnego i zgody starszyzny wioskowej. Co ciekawe, może przyprowadzić do swojego gospodarstwa jakiegoś krewnego, któremu w ramach okazania gościnności, daje na noc jedną ze swoich żon. Himba absolutnie widzą w tym nic niestosownego i nie uważają, że jest to dyskryminacja czy wykorzystywanie kobiet. Ponieważ są plemieniem pasterskim, a wypasający stada mężczyźni często przebywają dłuższy czas z dala od domów, w ich mniemaniu wypada dołożyć wszelkich starań, aby „zaniedbywane” przez to seksualnie kobiety, w miarę możliwości zaspokoić. Jeden mężczyzna, zwłaszcza taki w podeszłym wieku, mając wiele żon, może nie dać rady, czemu więc nie skorzystać z wyręczyciela? W typowej wiosce mieszka ok. 40-50 Himbów. Szefuje kobieta, tak zwana "Królowa", przed chatą której pali się „święty ogień”. Muszę przyznać, że Himba są bardzo sympatyczni, chętnie zgadzają się na zdjęcia (potem chcą się zobaczyć na ekraniku aparatu), choć dla dobrych kontaktów warto nauczyć się ich zwyczajowych pozdrowień. I tak w języku Himba "dzień dobry" to fonetycznie „morro”, "jak się masz?" – „peribi”, na co odpowiada się "nałła" (takie „ok, dobrze się mam”). Całość powitania to typowy afrykański trzykrotny uścisk dłoni (trudny do opisania – trzeba pokazać), podczas którego wymawia się formułkę: „morro-peribi-nałła”. A jeśli ktoś chce wiedzieć, jak jest „dziękuję” to też się dowiedziałam: „oguhepa”. W chatach Himbów praktycznie nic nie ma. Nic z dobrodziejstw cywilizacji, typu prąd, woda czy telewizja. Po prostu jest klepisko, dla pań zarezerwowana jest strona prawa, dla mężczyzn lewa, a śpi się na rozkładanych na noc skórach zwierzęcych, choć w obecnych czasach do użytku wchodzą też koce. Przy okazji jedna z lokalnych kobitek pokazała nam, jak się Himba myją. Wody nie używają, tylko… okadzają się nad dymem z ogniska, do którego dorzucają jakieś swoje specyfiki. Również zamiast prania wolą „odświeżać” ubrania przy pomocy dymu. Ciekawe, że mimo takich metod wcale tak bardzo nie śmierdzą.
Kobiety Himba słyną z nieprzeciętnej urody. Pokrywają twarz otjize, jest to mieszanka przygotowywana z tłuszczu z mleka krowiego, ekstraktu z roślin, popiołu i rudobrązowej ochry. Ten specyficzny makijaż nie tylko przyciąga obiektywy aparatów, ale przede wszystkim chroni przed insektami, słońcem i odwodnieniem organizmu oraz pielęgnuje skórę, utrzymując ją w doskonałym stanie. Mieszankę tę kobiety Himba nakładają także na włosy. Zresztą nie tylko dlatego ich tradycyjne fryzury są tak interesujące.