Deadvlei w Sossusvlei widoczna z samolotu


Deadvlei w Namib z balonu

Pustynia Namib z lotu ptaka, Deadvlei
Widok z balonu na deadvlei, otoczoną wydmami.

Jedziemy z Luderitz. Farmy bydła. Kóz i owiec, ciągnące się na 10000 ha nie są rzadkością. Ogromne powierzchnie nie są bynajmniej równoznaczne z ogromnymi dochodami z hodowli. Ziemia jest sucha, miejsca na popas nie ma za wiele. Pasterze są niepotrzebni, zwierzęta trzymają się w pobliżu nielicznych wodopojów. Odludną, suchą krainę przecinają zapiaszczone drogi. Droga ciągnie się po horyzont, nie ma takiej możliwości żeby zabłądzić, ale na pierwszym od dziesiątek kilometrów skrzyżowaniu nie zaszkodzi rzucić okiem na mapę. Do Sossusvlei pozostało jeszcze 250 km. Wokół Pustynia Namib, która zdaje się nie mieć końca. Jedynie wzgórza na horyzoncie urozmaicają pejzaż.

Przybywamy do Kulala Wilderness Camp. Schronisko służy jako punkt wypadowy po okolicznych wydmach. Dziesięć bungalowów i budynek główny są idealnie wkomponowane w krajobraz. Na tarasie miła niespodzianka, po długiej podróży nie ma nic przyjemniejszego niż odświeżająca kąpiel. Bungalowy rozlokowały się nad basenem, u stóp wzgórza. Goście zebrali się by podziwiać zachód słońca, krzesełka w pierwszym rzędzie zapełniają się najszybciej. Na 25 stopniu szerokości geograficznej południowej rogalik Księżyca leży na wznak.

Rankiem termika do lotu balonem jest najkorzystniejsza. Wiatr wieje lekko i w pożądanym kierunku, ku wydmom Sossusvlei. Balonowe eskapady startują stąd każdego ranka, przez 365 dni w roku. W koszu największego z balonów jest miejsce dla 16 pasażerów. Na chwilę przed startem tętno przyśpiesza. Po lekkim szarpnięciu napięcie mija. Kula z rozgrzanym powietrzem łagodnie unosi się z wiatrem. Pierwszy balon niemal znika z pola widzenia, nasz pilot też odkręca kurek z gazem. Start odbywa się w promieniach wschodzącego słońca. Nasz pilot opisuje nam prawdopodobny tor lotu, możliwość sterowania balonem jest ograniczona. Pod nami równiny i wzniesienia Parku Narodowego Namib Naukluft.

Suniemy bezgłośnie po niebie, tylko od czasu do czasu ciszę przerywa syczenie palnika. Coraz wyżej i wyżej, horyzont rozciąga się szeroko. Piloci obu balonów utrzymują ze sobą kontakt radiowy. Wymieniają się informacjami istotnymi do przebiegu lotu. Na dole, w słońcu lśnią na czerwono skały bogate w związki żelaza. Absolutne nic z lotu ptaka prezentuje się olśniewająco. Zbliżamy się do wysokiego wzgórza, czy podkręcony płomień wystarczy by wzbić się na bezpieczną wysokość? Udało się, pomogły prądy wznoszące. Pilot drugiego balonu wybrał mniej spektakularną przeprawę. Balony suną w powietrzu już ponad godzinę. Na horyzoncie cel podróży, wydmy Sossusvlei. Szeroka, porośnięta trawą równina u stóp piramidy piaskowej to idealne lądowisko. Schodzimy do lądowania. Chętnych na taką balonową wyprawę przybywa z roku na rok, bez względu na wysokie ceny. Dziś trzeba rezerwować lot z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Personel demonstruje, jak zmieścić nylonową czaszę o 20 metrowej średnicy w brezentowej torbie. Zgodnie z nową, świecką tradycją, udane lądowanie świętuje się kieliszkiem szampana. Żeby nie było zbyt banalnie, korek odcina się maczetą. Do tego śniadanie w malowniczej scenerii. Towarzystwo rozochocone szampanem rusza w kierunku słynnych wydm. Jeszcze kilka kilometrów.

Odpoczynek w Kulala Desert Lodge. Jesteśmy w parku Namib-Naukluft. Za schroniskiem rozciąga się doskonały widok na wydmy. Mamy szczęście, pozostałe lodge nie mają tak korzystnej lokalizacji. Możemy więc pospać trochę dłużej niż lokatorzy tamtych. Ale i tak trzeba wstać o świcie. O wschodzie słońca wydmy sprawiają bajeczne wrażenie.